Sponsor Ads
Hot Tags
CopyRight
AdultSingles Dating Service
Contents

Kto lepszy, ten pierwszy

Pub Date:2008-03-20 00:00:00 Author:

Debilizm w sposobie obsługi pasażerów tanich linii lotniczych, jest równie zaskakujący, jak decyzje ciecia Anioła w bloku przy ulicy Alternatywy 4. I równie zaskakująco łatwo zgadzamy się na ten debilizm, stając się jego częścią.

Polacy latają. Masowo. Nie śpią jeszcze zbyt często w dobrych hotelach, ale latają na poziomie europejskim. Skąd wiem? Bo, jak powiedział mi kiedyś pewien angielski konsjerż: “I traveled the world”. A ostatnio “I traveled to London” i przyjrzałem się tendencjom naszych zachowań i obycia w świecie na podstawie sposobu traktowania Polaków przez Polaków.

Zacznijmy od sytuacji w pięciogwiazdkowym hotelu. Moje bardzo polskie nazwisko wciąż jeszcze rozpromienia twarz recepcjonistki Zosi, czy innej Krysi, która zaskoczona obecnością rodaka z trudem znajduje polskie słowa, aby przekazać to, co zgrabną angielszczyzną powtarza dziesiątki razy każdego dnia.

Inaczej na lotnisku. Tu, tym razem siedząca na check-in’ie Zosia, czy inna Krysia, przyjmuje moją zachodniosłowiańską obecność z zupełną obojętnością, a nawet zdarza się, że potraktuje mnie profesjonalną urawniłowką, w ogóle nie przechodząc na polski. Ilościowo najlepiej ujmuje polską obecność na lotniskach ostatnia kwestia naszej Zosi-czy-Krysi: “Next!”

To, że latamy najczęściej z Low Cost Carriers - tanimi liniami - wcale jakoś nas nie wyróżnia na tle europejskim. Jeżeli bulimy z własnej kieszeni, to liczymy, przeliczamy, kalkulujemy i wybieramy tak samo, jak przeciętny Helmut, Jose czy John. Nie będę się rozpisywał o pułapkach czyhających na podróżnych korzystających z tych tak zwanych “tanich” linii, bo każdy kto lata, wie ile czynników wpływa na to, że suma sumarum, czasem lepiej jest polecieć z przewoźnikiem flagowym.

Chciałbym jednak zwrócić uwagę na szaleństwo, które przedstawię na przykładzie linii lotniczych, których nazwy nie wymienię. Nie będę im robił reklamy, bo a nuż, ich specjaliści od marketingu wychodzą z założenia, że nie ważne co piszą, byle by pisali. Powiem tylko, że tym liniom chyba bardzo zależy, by podróżowało mi się ŁATWO. I robią wszystko, żeby tak nie było.

Drzewiej w samolotach można było palić. Dżentelmeni, miłośnicy rakotwórczego dymka, mieli do swojej dyspozycji część samolotu oddzieloną od reszty kotarą. Nieprzejęci faktem, że cały samolot biernie palił wraz z nimi, rozkoszowali się przednimi tytoniami fajkowymi, szlachetnymi cygarami i coraz bardziej popularnymi papierosami.

Nie tęsknię do tamtych czasów i cieszę się, że coraz mniej jest miejsc na świecie, gdzie można mnie bezkarnie mordować. Ale na pewno nie pieję też z zachwytu przy każdej rewolucyjnej zmianie w zwyczajach i procedurach obsługi lotów pasażerskich. A rewolucje te biorą się najczęściej z chęci obsłużenia nas taniej, szybciej i aby latało się nam … ŁATWIEJ.

We wspomnianych przeze mnie liniach podzielono pasażerów na grupy: A, B i C. Najlepsi: A. Najgorsi: C. I proszę sobie wyobrazić, że ci z A, w związku z tym, że są najlepsi, (uprzywilejowani na przykład dlatego, że dokonali check-in’u w internecie) MOGĄ WEJŚĆ DO SAMOLOTU JAKO PIERWSI! Howard Hughes, słynny aviator uwieczniony w filmie Martina Scorsese przewraca się w grobie!

Ale to nic, są nawet “lepsi” niż ci z A. To grupa speedy boarding, czyli “koniecznie i za wszelką cenę muszę być pierwszy w samolocie, nawet przed tymi z A”. I proszę sobie wyobrazić, że niestety większość, wychowanych jeszcze w socjalistycznych kretynizmach, rodaków poddaje się temu ogłupieniu. Widziałem nawet (och, jakie to polskie!) próby wślizgnięcia się z wcześniejszą grupą! Debilizm do potęgi piątej! A przede wszystkim dowód na to, że komuna skutecznie zabiła w wielu umiejętność samodzielnego myślenia i długo nam się jeszcze będzie odbijać. 

Przecież to jest złamanie podstawowego paradygmatu przywilejów posiadaczy biletów LEPSZEJ klasy! Ja oczywiście, we wspomnianej przed chwilą sytuacji chcę być najgorszym z najgorszych. Najmniejszym z maluśkich. Dlaczego? Ponieważ chcę mieć prawdziwy przywilej ostatniego na pokładzie. Chcę spokojnie dokończyć kawę, doczytać ciekawy artykuł i bez pośpiechu wejść do samolotu wiedząc, że to na MNIE czekają z odlotem. Coś, za co w normalnych liniach płaci się jak za zboże. Mowa tu oczywiście o Business Class, która naturalnie posiada wiele innych bonusów, od możliwości zmiany lotu, na metalowych sztućcach kończąc.

W tanich liniach miejsca nie są przypisane do pasażerów i można wyjść z mylnego założenia, że jeżeli wejdę na pokład wcześniej, to zajmę lepsze miejsce. Ale co to znaczy lepsze miejsce? Z tyłu, gdzie zaszyję się w kąciku i nikt mi nie będzie przeszkadzał? Czy z przodu, u pyska maszyny, skąd wyjdę później jako pierwszy? Przy oknie, czy przy przejściu? To kwestia indywidualna.

Są tacy, którzy lubią jak najdalej od okna i trudno im się dziwić. Więc jeżeli już wejdę  jako jeden z pierwszych w grupie “uprzywilejowanych” i zajmę, na przykład miejsce z przodu, przy przejściu, to gdzie to uprzywilejowanie? Przecież teraz dopiero zacznie się horror. Dziesiątki spoconych pasażerów będzie przechodzić koło mnie trącając mnie walizkami i chłostając płaszczami. Będzie mi ciasno, chłodno lub gorąco i będę się tylko modlił, żeby jakiś olbrzym nie usiadł obok mnie.

Nie! Ja wolę być “gorszy”. Wolę wejść trochę później. Niechcący zburzyć płaszczem fryzurę tego zarozumiałego typa z przodu i spokojnie wybrać sobie miejsce przy najseksowniejszej brunetce na pokładzie. - “Pani też z Polski? Jakże mi miło.”

Wojciech Szczupak z Barcelony

0 Vote Keywords
Categoryprzez
Relational LinksOriginal Text Remove Links Del