Wiadomosci W Polsce!
Pierwszy horyzontalny portal internetowy w Polsce. Skuteczne medium reklamowe. Bogactwo serwisow informacyjnych i finansowych.Sponsor Ads
Hot Tags
- ◎Policja podejrzewa, że Fritzl mógł gwałcić wnuczkę
- ◎Prezydentowi zabrakło czasu dla czwartego generała
- ◎J. Kaczyński: wzywam Tuska, by przestał zwalać na prezydenta winę za swoje działania
- ◎Kolejna wpadka Busha!
- ◎Sekretarz stanu USA podpisze w maju w Pradze umowę o tarczy
- ◎Adam Dziura: Globalny login już działa
- ◎"Pochuchamy, podmuchamy, podrepczę jeszcze do prezydenta i będzie dobrze"
- ◎Chiny do UE: przestańcie ingerować w sprawy Tybetu
- ◎Warszawa:59-latek zatrzymany za strzelanie do dzieci
- ◎Mój MAC - Programy na Maca po polsku i...: Aktualizacja Widgetu ProgramTV
Random Articles
Friend Links
PowerBy POLSKIE GG
Contents
W Lhasie mnisi wołają o pomoc
Pub Date: Author:
"Tybet nie jest wolny", "Dalajlama nie jest winien zamieszkom" - wołało wczoraj kilkudziesięciu mnichów, rujnując propagandową wycieczkę dziennikarzy do Lhasy
Zapraszając wybrane światowe media do stolicy Tybetu po raz pierwszy od antychińskich protestów sprzed dwóch tygodni, Pekin chciał pokazać, że nie ma powodu robić krzyku o łamanie tam praw człowieka. Oczami dziennikarzy, m.in. "Financial Times", "Wall Street Journal" oraz agencji AP i Kyodo, świat miał się przekonać, że to chiński rząd miał rację w sprawie tłumienia zamieszek w Lhasie. Władze twierdzą, że to jedynie Tybetańczycy napadali i zabijali niewinnych Chińczyków oraz palili ich sklepy, bary, hotele. I że za protestami stoi "klika Dalajlamy", choć przebywający na wygnaniu duchowy przywódca Tybetańczyków zawsze zabraniał stosowania wszelkiej przemocy.
Plan zorganizowanej przez MSZ wycieczki załamał się wczoraj o godz. 11 w trakcie wizyty w klasztorze Dżokhang, głównym sanktuarium buddyjskim w stolicy Tybetu.
Mnichów wzburzyły słowa rządowego administratora klasztoru tłumaczącego dziennikarzom, że Tybet przez wieki należał do Chin. Tybetańczycy uważają, że okupacja zaczęła się od wkroczenia chińskiej armii w 1950 r., choć wcześniej region był w strefie wpływów Chin.
Kilkudziesięciu mnichów podbiegło do dziennikarzy. Jeden przez drugiego - najpierw po tybetańsku, potem po chińsku - przekonywali, że Dalajlama nie jest winien zamieszkom. - Chcą, byśmy opowiedzieli się przeciwko Dalajlamie, to niemożliwe - powtarzali. - Tybet nie jest wolny! Tybet nie jest wolny! - krzyczał, płacząc, młody mnich. Inni podkreślali, że w Tybecie nie ma wolności religijnej. - Nam samym nie pozwala się wychodzić - mówili. Dodawali, że dopiero w nocy ktoś wydał rozkaz do wycofania się wojska otaczającego klasztor.
Mnisi mówili, że wiedzą, co ryzykują rozmawiając z dziennikarzami. - To odważni ludzie. Będą torturowani, spędzą w chińskim więzieniu 10, może nawet 20 lat - powiedział nam brytyjski tybetolog Andrew Fisher z London School of Economics.
Incydent trwał 15 minut, choć towarzyszący mediom przedstawiciele władz próbowali odciągać dziennikarzy i prosili, by iść dalej.
Oficjalnie władze chińskie udają, że nic się nie stało. - Chcę podkreślić, że przedstawiciele rozmaitych grup etnicznych zamieszkałych w Tybecie, w tym i mnisi, zdecydowanie strzegą jedności narodowej i sprzeciwiają się separatyzmowi - zapewniał rzecznik MSZ Qin Gang.
Ale relacje z klasztoru natychmiast znalazły się w internetowych wydaniach mediów zabranych do Lhasy, trafiły na wszystkie najważniejsze serwisy informacyjne i szybko zostały rozesłane w inne miejsca w sieci. Pokazała je też zabrana na wycieczkę telewizja z Hongkongu, a potem kolejne.
Spontaniczny protest zrujnował starannie przygotowaną wycieczkę i przyćmił to, co naprawdę chciały przekazać światu Chiny. Dziennikarzom przedstawiciele władz pokazywali makabryczne zdjęcia zakrwawionych zwłok chińskich ofiar, opowiadali, jak w podpalonym sklepie zginęło pięć sprzedawczyń. Zawieźli też media pod szkołę w pobliżu klasztoru Ramocze, do której chodzą głównie dzieci tybetańskie, a która też została podpalona.
"W dwa tygodnie po rozruchach w powietrzu wisi zapach spalenizny" - pisze "Financial Times". "Rozruchy antychińskie były bardziej agresywne i uczyniły więcej szkód niż sobie z tego zdawaliśmy sprawę" - dodaje dziennikarz.
Dzielnica tybetańska przypomina strefę wojenną. Pełna jest spalonych domów, na każdym rogu widać policję i wojsko, przechodnie są ciągle legitymowani, a większość barów, sklepów i restauracji jest zamknięta. - Proszę, pomóżcie nam - wyszeptał do dziennikarzy spotkany przez nich tybetański nauczyciel.
Za to w chińskiej części miasta sklepy są otwarte, a na ulicach jest duży ruch. "W dwa tygodnie po protestach Lhasa jest miastem głęboko podzielonym" - podkreśla "Wall Street Journal".
Chińczycy, których ściągnął do Tybetu rządowy program "Jedź na Zachód", w ramach którego region jest kolonizowany, myślą o wyjeździe. - Boję się Tybetańczyków - powiedziała jednemu z reporterów chińska kelnerka.
Dziennikarze tylko w środę wieczorem mogli wyjść na miasto bez rządowych opiekunów, choć im to stanowczo odradzano. Wczoraj mediom nie zezwolono na wizytę w klasztorach Drepung i Sera, w których 10 marca rozpoczęły się pierwsze tybetańskie protesty. Od tego czasu klasztory są otoczone kordonem policji, a mnichów zamknięto w środku. Obrońcy Tybetu informują, że w klasztorach zaczyna brakować żywności.
Mimo ściągnięcia wielkich sił wojska i policji w Tybecie oraz w sąsiednich prowincjach nadal dochodzi do pojedynczych niepodległościowych protestów. Ostatni, o którym wiadomo, miał miejsce w środę w Luhuo w Syczuanie.
Plan zorganizowanej przez MSZ wycieczki załamał się wczoraj o godz. 11 w trakcie wizyty w klasztorze Dżokhang, głównym sanktuarium buddyjskim w stolicy Tybetu.
Mnichów wzburzyły słowa rządowego administratora klasztoru tłumaczącego dziennikarzom, że Tybet przez wieki należał do Chin. Tybetańczycy uważają, że okupacja zaczęła się od wkroczenia chińskiej armii w 1950 r., choć wcześniej region był w strefie wpływów Chin.
Kilkudziesięciu mnichów podbiegło do dziennikarzy. Jeden przez drugiego - najpierw po tybetańsku, potem po chińsku - przekonywali, że Dalajlama nie jest winien zamieszkom. - Chcą, byśmy opowiedzieli się przeciwko Dalajlamie, to niemożliwe - powtarzali. - Tybet nie jest wolny! Tybet nie jest wolny! - krzyczał, płacząc, młody mnich. Inni podkreślali, że w Tybecie nie ma wolności religijnej. - Nam samym nie pozwala się wychodzić - mówili. Dodawali, że dopiero w nocy ktoś wydał rozkaz do wycofania się wojska otaczającego klasztor.
Mnisi mówili, że wiedzą, co ryzykują rozmawiając z dziennikarzami. - To odważni ludzie. Będą torturowani, spędzą w chińskim więzieniu 10, może nawet 20 lat - powiedział nam brytyjski tybetolog Andrew Fisher z London School of Economics.
Incydent trwał 15 minut, choć towarzyszący mediom przedstawiciele władz próbowali odciągać dziennikarzy i prosili, by iść dalej.
Oficjalnie władze chińskie udają, że nic się nie stało. - Chcę podkreślić, że przedstawiciele rozmaitych grup etnicznych zamieszkałych w Tybecie, w tym i mnisi, zdecydowanie strzegą jedności narodowej i sprzeciwiają się separatyzmowi - zapewniał rzecznik MSZ Qin Gang.
Ale relacje z klasztoru natychmiast znalazły się w internetowych wydaniach mediów zabranych do Lhasy, trafiły na wszystkie najważniejsze serwisy informacyjne i szybko zostały rozesłane w inne miejsca w sieci. Pokazała je też zabrana na wycieczkę telewizja z Hongkongu, a potem kolejne.
Spontaniczny protest zrujnował starannie przygotowaną wycieczkę i przyćmił to, co naprawdę chciały przekazać światu Chiny. Dziennikarzom przedstawiciele władz pokazywali makabryczne zdjęcia zakrwawionych zwłok chińskich ofiar, opowiadali, jak w podpalonym sklepie zginęło pięć sprzedawczyń. Zawieźli też media pod szkołę w pobliżu klasztoru Ramocze, do której chodzą głównie dzieci tybetańskie, a która też została podpalona.
"W dwa tygodnie po rozruchach w powietrzu wisi zapach spalenizny" - pisze "Financial Times". "Rozruchy antychińskie były bardziej agresywne i uczyniły więcej szkód niż sobie z tego zdawaliśmy sprawę" - dodaje dziennikarz.
Dzielnica tybetańska przypomina strefę wojenną. Pełna jest spalonych domów, na każdym rogu widać policję i wojsko, przechodnie są ciągle legitymowani, a większość barów, sklepów i restauracji jest zamknięta. - Proszę, pomóżcie nam - wyszeptał do dziennikarzy spotkany przez nich tybetański nauczyciel.
Za to w chińskiej części miasta sklepy są otwarte, a na ulicach jest duży ruch. "W dwa tygodnie po protestach Lhasa jest miastem głęboko podzielonym" - podkreśla "Wall Street Journal".
Chińczycy, których ściągnął do Tybetu rządowy program "Jedź na Zachód", w ramach którego region jest kolonizowany, myślą o wyjeździe. - Boję się Tybetańczyków - powiedziała jednemu z reporterów chińska kelnerka.
Dziennikarze tylko w środę wieczorem mogli wyjść na miasto bez rządowych opiekunów, choć im to stanowczo odradzano. Wczoraj mediom nie zezwolono na wizytę w klasztorach Drepung i Sera, w których 10 marca rozpoczęły się pierwsze tybetańskie protesty. Od tego czasu klasztory są otoczone kordonem policji, a mnichów zamknięto w środku. Obrońcy Tybetu informują, że w klasztorach zaczyna brakować żywności.
Mimo ściągnięcia wielkich sił wojska i policji w Tybecie oraz w sąsiednich prowincjach nadal dochodzi do pojedynczych niepodległościowych protestów. Ostatni, o którym wiadomo, miał miejsce w środę w Luhuo w Syczuanie.
Źródło: Gazeta Wyborcza
0
Vote
Keywords: mitsubishi fuso trucks
Category:Świat
Relational Links:Original Text
Remove Links
Del
